
Bali i niepokojący spokój
W naszej wędkarskiej podróży dookoła świata robimy przystanek na Bali, jednej z najbardziej znanych wysp Indonezji. Bali to niezwykle popularna wakacyjna destynacja, kraina rozwoju osobistego i obowiązkowy element instagramowej relacji z podróży. Jednak my, pasjonaci wędkarstwa, przybywamy na wyspę w poszukiwaniu głębi, nie tylko atmosfery, więc w dzisiejszym artykule przyjrzymy się spokojowi i błogości – najbardziej rozchwytywanym walorom Bali – ale z naszym charakterystycznym akcentem: co sprawia, że tak trudno je osiągnąć? Polecamy usiąść wygodnie (niekoniecznie w pozycji lotosu), zgarnąć ulubiony napój (nie musi nim być matcha latte) i rozkoszować się (w miarę możliwości!) lekturą.
Wyspa praktyki
Na Bali spotkamy wszelkie najpopularniejsze wakacyjne atrakcje, ale wyspa stała się również częstym celem podróży osób uduchowionych, ludzi w trakcie duchowych poszukiwań, które przybierają formę praktyk medytacyjnych, modlitw, sesji jogi z instruktorem i wszystkiego, co pomiędzy. Niektórzy przyjeżdżają tu, by odnaleźć siebie, swoje prawdziwe ja, podczas gdy inni pragną pogłębić swoją obecną relację z duchowością. Bali wydaje się doskonałą scenerią do podobnych poszukiwań. Tropikalny klimat wyspy stanowi już sam w sobie wyjątkowe podłoże dla rozwoju duchowego, zwłaszcza jeśli przyjeżdżamy z innego zakątka świata. Wspaniałe widoki na bujne lasy i malownicze plaże, gorące i wilgotne powietrze oraz duchowość głęboko zakorzeniona na Bali – wszystko to wydaje się doskonałym kolejnym krokiem na ścieżce ku sacrum. Nie bez powodu.
Duchowość Bali to nie tylko koncepcja wyolbrzymiana przez marketing i filtry w mediach społecznościowych. Balijski hinduizm jest wpleciony w codzienność wyspy. Świątynie są tu wszędzie, od słynnych nadmorskich świątyń i górskich sanktuariów po wiejskie świątynie i domowe kapliczki; z kolei drobne ofiary składa się tu każdego dnia w progach domów i na ulicach. Właśnie dlatego Bali często nazywane jest Wyspą Bogów lub Wyspą Tysiąca Świątyń. I choć niektóre części wyspy są coraz bardziej kształtowane przez turystykę i oczekiwania przyjezdnych z zachodu, lokalne tradycje pozostają widoczne, praktykowane i głęboko osadzone. Są czymś, co z pewnością nie zniknie prędko i nieoczekiwanie, jak to często bywa w przypadku instagramowych trendów.
Dziś badamy jednak konkretny aspekt, charakterystyczny nie tylko dla duchowych podróży czy rozmaitych wakacyjnych wyjazdów, ale także dobrze znany nam jako miłośnikom wędkarstwa: spokój ducha. Dla jednych to cel do osiągnięcia, dla innych podpora skromnej codzienności, a dla sporej grupy – wyczyn niemożliwy. Wybierzmy się więc na beztroski spacer wokół jeziora spokoju. Może odkryjemy, dlaczego ostatnimi czasy jest tu tak pusto…

Spokój? Ale spokój mamy w domu!
Na początek warto stwierdzić, że osiągnięcie absolutnego, niczym niezmąconego spokoju to mrzonka. Gonienie za czymś podobnym to lekkomyślna wyprawa na manowce. Przechadzka, która pewnie zajmie nam sporo czasu, więc jeśli akurat mamy go w nadmiarze, możemy go spożytkować właśnie tak. Jednak życie samo w sobie wymaga pewnego poziomu napięcia, bez niego nic nie trzymałoby się kupy, nie wspominając już o braku możliwości wzrostu i rozwoju. Spokój nie istnieje też w próżni, a zrodzony jest z kontekstu naszego, często zapracowanego, życia. Naszym największym sukcesem w dziedzinie spokoju może być dotarcie do miejsca, w którym nie czujemy wewnętrznych sprzeczności, swoiste wyrównanie poziomu napięcia w nas samych. To jak najbardziej osiągalny stan, ale wymaga on uprzedniej pracy i pielęgnacji, gdy już go zaznamy. Nie jest to coś, do czego dotrzemy za sprawą weekendowych warsztatów, a już na pewno nie ma co liczyć na jego utrzymanie tylko dlatego, że nam się podoba.
Nauczyciel uważności, Jon Kabat-Zinn, zatytułował jedną ze swoich książek w całkiem błyskotliwy sposób. W naszym nieoficjalnym przekładzie tytuł ten brzmi: Dokądkolwiek pójdziesz, tam będziesz (Wherever You Go, There You Are). Samym już tytułem ten amerykański emerytowany profesor medycyny sugeruje, że nie możemy oddzielić się od naszych wyzwań. Możemy zmienić pracę, zawrzeć nowe znajomości i pozbyć się starych, wyruszyć zgłębić swoją duchowość na Bali, do Indii czy wspiąć się do klasztoru na szczycie góry, ale nasze trudy już będą tam na nas czekały, może odziane nieco inaczej, ale wciąż gotowe na konfrontację. Żadna ilość zapachowych świec, mat do jogi czy duchowych guru nie zwolni nas z konieczności podjęcia pierwszego, najważniejszego kroku: wzięcia na siebie odpowiedzialności. Ponosimy odpowiedzialność za jakość naszego umysłu, za sposób, w jaki się do siebie zwracamy i za nasze podejście do świata, z którym mamy styczność. Musimy podjąć się pracy wewnętrznej i nie ma nikogo, kto zna nas tak dobrze, jak my znamy siebie samych.
Starożytna grecka maksyma „Poznaj samego siebie” może być najzwięźlejszym sposobem na opisanie drogi prowadzącej do spokoju. Carl Gustav Jung, szwajcarski psychiatra, psychoterapeuta i psycholog, założyciel szkoły psychologii analitycznej, powiedział kiedyś: „Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierować twoim życiem, a ty nazwiesz to przeznaczeniem”. Z kolei współczesny coach osób na stanowiskach kierowniczych w świecie biznesu, Joe Hudson, stwierdza: „Poznanie samego siebie to jedyne bezpieczeństwo”. To wszystko prawda, ale żadna z tych rzeczy nie przychodzi bez wysiłku. A czy istnieją jakieś przeszkody, które uniemożliwiają nam osiągnięcie spokoju? (Poza wszystkimi, które tylko możemy sobie wyobrazić?)
Spokój umysłu, serca i czucia
Choć na chłopski rozum wiemy, że spokój może być przydatny oraz że wypoczynek jest niezbędny w ramach dowolnej aktywności, często stajemy przed niemałą umysłową przeszkodą: nawracającym poczuciem, że mamy jeszcze sporo do zrobienia. Jest tak wiele do ogarnięcia! A poczucie to jest głęboko zakorzenione w dzisiejszym konkurencyjnym świecie. Bo, bądź co bądź, jesteśmy stworzeniami, które się porównują. Nie tylko w kontekście kultury i ludzkiej socjalizacji, ale także neurologicznie: neurony lustrzane są źródłem naszej zdolności uczenia się od innych, imitacji i empatii, są centralną osią tego, co sprawia, że jesteśmy istotami ludzkimi. I choć sam mechanizm jest nam niezbędny, dzisiejszy świat sprawia, że obraca się przeciwko nam.
We wszelkich rozważaniach dotyczących trudów życia człowieka współczesnego, musimy pamiętać o naszych zbieracko-łowieckich korzeniach, ponieważ właśnie ku temu ewoluowaliśmy, tak żyliśmy przez ponad 95% naszej historii jako gatunku. Dla człowieka w czasach przedcywilizacyjnych, osadzonego w małych społecznościach, możliwych porównań nie było wiele. Wspólnoty zbieracko-łowieckie rzadko liczyły więcej niż 50 osób, choć stanowiły część większych, płynnie zmieniających się sieci regionalnych. Możliwe więc, że spotkaliśmy kogoś, kto lepiej od nas polował czy zręczniej plótł kosze i sami chcieliśmy podłapać podobne techniki, ale na tym zwykle kończyły się nasze porównania i ambicje. To, co widzieliśmy, było zdecydowanie w zasięgu naszych możliwości. Obecnie z kolei jesteśmy dosłownie zasypywani obrazami ludzi, którzy rzekomo prowadzą bardziej spełnione, ekscytujące i niesamowite życie. Jak więc możemy odpoczywać z tak przerośniętym poczuciem nieadekwatności spoczywającym nam na kolanach? Odpowiedź? Z godnością!
Ponieważ w obecnych czasach porównywanie się ma niewiele sensu, lepiej porzucić je całkowicie. Tak, łatwiej powiedzieć (lub o tym napisać) niż tego dokonać, więc przyjmujemy tu metodę małych kroczków. Na początek warto dostrzegać nasze nawykowe porównywanie się z innymi. Przydatne może okazać się ograniczenie korzystania z mediów społecznościowych, źródła współczesnej plagi porównawczości. Ostatecznie pozostaje nam podejście uważności, czyli obserwowanie własnych myśli. I, jeśli już musimy z kimś się porównywać (bo, tak szczerze, i tak do tego dojdzie), warto obrać siebie samych za punkt odniesienia. Czy rozwijamy się? Czy jest nam lepiej, niż było wcześniej? Czy uczymy się na własnych błędach? Odpowiedź najczęściej będzie twierdząca, więc warto jej szukać.
Na drodze ku spokojowi możemy też trafić na przeszkodę natury moralnej. Jak się zrelaksować, skoro na świecie panuje niepokój? Nie jest to łatwe do rozgryzienia, ale jeśli nasz kompas moralny jest równie silny, możemy znaleźć pewną ulgę w myśli, że nasze samopoczucie ma namacalny wpływ na otaczający nas świat. Nie w rozumieniu globalnym, ale wpływa jednak na nasz stosunek do bliskich, których kochamy, na naszą rodzinę, przyjaciół i współpracowników. Na osoby z naszego najbliższego kręgu. Jeśli pozwolimy sobie na odpoczynek, relaks i odczucie spokoju ducha, wywoła to efekt domina. Owszem, nie uratujemy całego świata, ale zmiana zawsze zaczyna się od nas samych.
Wreszcie, czasami to nasze ciała przeszkadzają nam w odprężeniu. Nadwyrężony układ nerwowy prędko się nie uspokaja, zwłaszcza po długotrwałym stresie. Istnieją tysiące sposobów na jego ukojenie, a w dzisiejszych czasach możemy wybierać te, które odpowiadają nam najbardziej. Pułapką jest tutaj traktowanie relaksu lub dążenia do spokoju jako kolejnego obowiązku, kolejnej wersji głupiego spaceru dla naszego głupiego zdrowia psychicznego. Jeśli istnieje ryzyko, że tym się właśnie stanie, warto przemyśleć nasze priorytety i być może nieco uprzątnąć życiowe obowiązki. Nasze ulubione zajęcia, w tym gra w Fishing Clash, będą na nas czekały, gdy tylko znajdziemy chwilę spokoju. Ale może obczajenie nowego wędkarskiego łowiska na Bali to właśnie ten relaks, którego teraz potrzebujemy?









